A mnie NIE jest szkoda lata… czyli o Wieprzu słów kilka

NO nie jest! (…przynajmniej na razie…)                                                    

Było tak atrakcyjne i wypełnione na przemian wyprawami dalszymi i bliższymi, że czasu nie stało na regularne sprawozdania. Ale przyjdzie czas i na nie…. Już wieczory coraz dłuższe.

W ostatni letni weekend zupełnie nieoczekiwanie znalazłam się „na drugim końcu” Wieprza,  pod Dęblinem, w pobliżu jego ujścia do Wisły. Ostatni letni wyjazd na grzyby do ulubionego lasu okazał się „tym razem” mocno chybiony (susza niemiłosierna) – ale przecież nic straconego.  Zamiast intensywnie szukać wśród poszycia tego – czego ewidentnie tam NIE MA, postanowiłam eksplorować teren do tej pory mi nieznany. Piaszczysta, leśna droga wiodąca na północ w kierunku dęblińskiego lotniska zaprowadziła mnie na wielką wydmę, sosnowe szpilki trzeszczały pod stopami, wszechobecny zapach żywicy wypełniał rozgrzane wrześniowe powietrze… (grzybów nadal ani śladu ) i nagle oczom niespodziewanie ukazało się kolano Wieprza (proszę nie mylić z golonką). Wysokie, strome i piaszczyste urwisko…  Szerokie koryto w niczym nie przypominało tej uroczej rzeczki w Zwierzyńcu, a wartki,  zdecydowany  nurt wyraźnie dążył pod wydmę na ktorej się zatrzymałam. Postawiłam więc prawie pusty koszyk, wyciągnęłam aparat…

Rzeka w tym miejscu – choć stanowi widok miły oczom – powoli i konsekwentnietnie,            z roku na rok degraduje środowisko. Bezlitośnie unicestwia jedne formy, tworząc w zamian inne.  Niszczycielsko -budująca siła wody…

Popatrzmy więc…

 

Ten wpis należy do kategorii Bez kategorii. Bookmark the permalink.

Możliwość komentowania jest wyłączona.