Bieszczady – czyli powrót po latach

A ja pójdę tam, gdzie garbata ziemia w słońcu lśni, 

        pójdę tam, w kudłach połoniny szukać niebieskiej     mgły,

       na przystankach szlaków znaleźć kilka dobrych dni….

No i poszłam…..   Bo umyśliłam sobie na wiosnę – żeby jeszcze kiedyś wejść na Halicz.

Po wielu różnych górach ostatnimi laty dane mi było chodzić… O wiele wyższych, dostojniejszych, bardziej niedostępnych …. Ale to Bieszczady były „tymi pierwszymi”, które przed wielu laty rzuciły na mnie prawdziwy czar i dlatego tak łażę po dziś dzień … Bo one mają taki klimat i urok  jakiego gdzie indziej próżno szukać.   Garby „kudłatych połonin”, „zarośnięte echem lasy”, błotniste leśne ścieżki wijące się wśród gładkich, lśniących po deszczu   buczynowych pni… Nie bez powodu napisano o nich tyle pięknych  piosenek i wierszy. Posiadają magiczny dar przyciągania wrażliwych dusz i serc…  Kto raz je odwiedził – ZAWSZE wraca… prędzej, czy później – ale ZAWSZE.   No więc wróciłam – bo jakże inaczej?  Znalazłam  „na przystankach szlaków kilka cudnych dni”,  kudły Bukowego Berda,  Gniazda Tarnicy i  Smereka były chyba bujniejsze niż kiedyś….

Dawno przedeptane ścieżki znowu przyjaźnie zaprosiły na wędrówkę.  Galerie drewnianych Biesów i Czadów – odwiecznego Dobra i Zła, ścierającego się ze sobą nieustannie, zaprasza-ły  gościnnie otwartymi drzwiami…  Ale zastałam i smutne widoki.  Niektóre – słynne przed laty „lokale gastronomiczne” takie jak bar „ZACISZE” w Cisnej, „RANCHO”   w Wetlinie i najsłynniejszy „PULPIT” vel „KREMENAROS” w Ustrzykach Górnych są już smętnym wspomnieniem.  Owszem – powstały inne – bardziej odpowiadające obecnym standardom – ale – co tu dużo gadać – klimat nie ten sam. Jest wprawdzie o wiele czyściej, smaczniej, obficiej i grzeczniej, ( kto nie widział i słyszał głodnych i spragnionych ludzi lasu oczekujących na swój bigos i piwo w PRL-owskiej knajpie pełnej turystycznej stonki – jak zwykli nas nazywać – ten naprawdę niewiele w Bieszczadzie widział…),  ale tamtej egzotyki nie wskrzesi już nic… Bo tak po prawdzie i po co?  Nikt  nie zawróci  kijem biegu Solinki,  Wetlinki, czy  Terebowca, odeszli Ludzie,  świat się zmienił i Bieszczady powoli wraz z nim…  Ale niechże zmieniają się wolniej.

Powodem mego bieszczadzkiego wypadu – jak napisałam – był Halicz.  Piękny i choć w Bieszczadzie nienajwyższy – jest magnesem dla każdego turysty, który wybrał się w ten odległy skrawek Polski.  Wiele lat temu bywałam na nim wielokrotnie, podchodząc z każdej dostępnej turystycznie strony…  Z jego wierzchołka podziwiałam wschód słońca po długiej, nocnej wyprawie przez Wołosate..  No cóż – młodość i  entuzjazm.  Teraz pozostał tylko entuzjazm, ale okazało się  – że wystarczył.  A i pogoda wybitnie dopisała.  Nocą gwiaździste niebo nad Mucznem było na wyciągnięcie ręki, a za dnia garbata ziemia lśniła w słońcu – zupełnie jak w słowach piosenki turystycznej, której fragment przywołałam jako motto.  Czyżby naprawdę to był koncert życzeń???

Zapraszam – nie tylko na Halicz …

Ten wpis należy do kategorii Bez kategorii. Bookmark the permalink.

Możliwość komentowania jest wyłączona.