Karkonosze – czyli trochę „zimy w zimie”…

Dalszy ciąg anomalii pogodowych sprawił, że Święta Bożego Narodzenia tak naturalnie kojarzące się z białą, puchową pierzyną minęły bezśnieżnie.  Aczkolwiek sama za zimą nie przepadam – muszę przyznać, że doprawdy – smutne to było zjawisko… „White Christmas”   pozostawało dostępne nadal  tylko w wersji dźwiękowej i trzeba dużej dozy wyobraźni aby wskrzesić wspomnienia „starych, śnieżnych i mroźnych, prawdziwie „Białych Świąt”. By jej pomóc, zaraz po Świętach wybrałam się do Karpacza. Obserwując z niepokojem zaokienny termometr, mocno powątpiewałam w możliwość ujrzenia tam prawdziwej zimy i prawdziwych zasp, ( poza terenami górskim panowała bowiem  w naszym kraju temperatura wybitnie dodatnia!), ale – jak to mądrzy ludzie powiadają – z pogodą nigdy nic nie wiadomo. Ryzyko było zatem niewielkie, a w Karkonoszach dziwnym zbiegiem okoliczności nigdy wcześniej nie byłam,  zawsze bowiem wybierałam góry bardziej ambitne i trudniejsze do wędrówek . Stwierdziłam jednak,  że Karkonosze na zimę mogą być w sam raz.  Nawet na taką „mniej udaną”…

Ależ się myliłam! W wyższych partiach(*) leżał śnieg spadły wcześniej… Wprawdzie miejscami mocno przewiany, zlodowaciały, zdradliwy, generalnie bardzo nieprzyjazny turystom.  Na dodatek pokrywający cienką warstwą istne „ślizgawki-pułapki”.  Jednak kolce na butach chroniły dostatecznie i obyło się bez niebezpiecznych „przygód”.                 W okolicach przeuroczej Samotni śniegu było już całe mnóstwo, idąc zaś dalej do Strzechy Akademickiej można byłoby śmiało  zanurkować w pokaźnych zaspach.  Ale okazało się – że to jeszcze nic…

Zima  swym czarodziejskim, nikomu nie znanym sposobem,  niespodziewanie pojawiła się przed Sylwestrem  jak na zamówienie.  Puszysta Puchowa Pierzyna  (czyli 3 x „P”)  cicho, szczelnie i absolutnie bajkowo okryła świat….  Stało się wobec tego oczywistym, że pogotowie lawinowe ogłoszono, część szlaków wyżej położonych w logicznym z tym związku  zamknięto na amen i do odwołania.  Należało więc kombinować  inaczej  i wdrożyć  plan „B” – czyli konieczność obejścia zagrożo-nych lawiną odcinków.   Dzięki temu miałam okazję przejścia  Zimową Drogą  w scenerii, której pozazdrościć by mi mogli fachowcy ze studia Walta D.  Mimo bardzo słabo przetartego szlaku  i ostrego wiatru, wrażenia  estetyczne – wspaniałe!  Zima w pełni – i to w najlepszym gatunku.  Mimo wszystko!  Niestety, „królewna” Śnieżka  pokazała się tylko na moment. W niespełna minucie schowała się w gęstych  chmurach…  Szkoda, liczyłam na więcej…  końcu to najwyższa góra Sudetów – zarówno polskich,  jak  i  czeskich.  Czas jednak naglił, nie mogłam czekać aż zmieni zdanie i wyłoni się zza gęstych chmur.  Odcinek trasy, który latem uznałabym za niemal nudny, w zimowych warunkach zapowiadał się całkiem interesująco.  I taki był, bowiem nawiewany śnieg w wielu miejscach tworzył pokaźne zaspy i nogi zapadały się znienacka.  A schodząc do Strzechy – najlepiej byłoby po prostu zjechać na…….. bo  w kopnym śniegu trudno było szybko posuwać się naprzód.

A finał tego białego szaleństwa?  Finał był taki, że już w Nowy Rok temperatura zaczęła rosnąć, a dnia następnego po śniegu nie było śladu. W Karpaczu nie było – PLUS 12 stopni zrobiło swoje.  Na dole znowu zawitała wiosna,  choć wyżej w górach  zostało go dość sporo.  Tylko, że był mokry, ciężki  i kleisty.

(*) Generalnie uważam – że Karkonosze nie mają wyższych partii.

Zapraszam na zimowy spacer…

 

Ten wpis należy do kategorii Bez kategorii. Bookmark the permalink.

Możliwość komentowania jest wyłączona.