Listopad – a więc tęsknota za latem…

Najbardziej ponury miesiąc w roku…

Ale TEGO roku był  wyjątkowo łaskawy…  To  kaprysy nieprzewidywalnej ostatnimi czasy aury…. Ale nic nie trwa wiecznie i „normalny polski”  listopad zapukał w końcu w szyby zimnym i zaciętym deszczem, zimowe buty zmieniły w  przedpo-koju pantofle, a chustki do nosa są na porządku dziennym – i czasem nocnym.

No i cóż możemy zrobić – żeby nie zwariować i nie popaść w ciężką depresję z braku słońca ??? Ano wrócić do lata….!!!  Do długich i słonecznych dni, opalenizny  (o tak… w tym roku słonko dało mi  „popalić” – dosłownie i w przenośni…), przepięknych widoków,  niecodziennych atrakcji (no bo gdyby były codzienne – to przestałyby by przecież być atrakcyjne!!! ).  Moja listopadowa „terapia”  polega na powrocie do Zermatt, w którym spędziłam część letnich wakacji.  Nad tą uroczą – w pewien sposob nawet romantyczną miejscowością króluje niepodzielnie  jedna z najpiękniejszych – jeżeli nie najpiękniejsza  GÓRA świata – czyli Matterhorn po prostu…

Zermatt jest miejscowością górską, położoną (średnio) na wysokości 1610 m npm. blisko granicy włoskiej.  Charakterystyczny jest absolutny zakaz ruchu pojazdów spalinowych. I dobrze…! w końcu gdzieś musi być czyste powietrze….. Poza tym nie wyobrażam sobie ruchu samochodowego w miejscowości wciśniętej w tak wąską dolinę, gdzie każdy skrawek wolnego  miejsca  wykorzystywany jest pod budowę pensjonatów.  Latem środkiem lokomocji są wózki akumulatorowe, służące zarówno do zaopatrzenia, sprzątania,   jak i do przewożenia ludzi. Jednak większość turystów po tym – naprawdę niewielkim – miasteczku porusza się pieszo,  a zasadnicza komunikacja odbywa się „w pionie” – czyli cudnymi, wieloetapowymi górskimi kolejkami, oszczędzajacymi nogi  i czas, ale za to skutecznie drenującymi portfele.  Jednak gdyby nie one – największe atrakcje okolicy byłyby po prostu niedostępne dla przeważającej grupy mniej zaawansowanych turystów.  A w obliczu tak potężnych czterotysięczników – uwierzcie – odsetek naprawdę zaawansowanych turystów  odwiedzających cudne Zermatt  jest wybitnie niski. Kłębi się natomiast masa ludzi z całego świata, o różnym kolorze skóry,  chcących rzucić okiem na potęgę Matterhornu… Podczas mego pobytu, w drugiej połowie lipca napotkałam mnóstwo Japończyków i Hindusów.

Wobec tego niech żyją kolejki! Własnie takie, jak wagonik Matterhorn Express na miniaturce powyżej.

Poniżej zamieściłam niewielką część posiadanych zdjęć i  „traktują” one o Zermatt                 i  najbliższych jego okolicach.  Pozostałe – te z górskich wycieczek można zobaczyć             na stronie poświęconej Alpom…

Zapraszam 🙂

Ten wpis należy do kategorii Bez kategorii. Bookmark the permalink.

Możliwość komentowania jest wyłączona.