Pic de Casamanya

Ten dzień miał przebiegać zupełnie inaczej….

Ale dobrze – że okoliczności przybrały taki właśnie obrót, bowiem zdobyliśmy piękną  Casamany’ę (2740 m n.p.m.).  Choć dróg na nią jest kilka – a ponieważ było już stosunkowo (jak na wyprawę w góry) –  późno – wybraliśmy tę z przełęczy Coll d’Ordino.

Wąskie pobocze drogi na położonej dość wysoko przełęczy było wręcz zapchane zaparkowanymi  samochodami. Zdziwienie ustąpiło, gdy do urlopowanej – niezwykle szczęśliwej głowy dotarło, że to niedziela… 🙂 No cóż…. Człowiek na urlopie zupełnie zatraca poczucie czasu… wszystkie dni wolne… No więc była niedziela i był tłok. Normalka. Ale tylko przy drodze. Na  górskim  szlaku byliśmy względnie sami. Ta względność dotyczy naszych Tatr oczywiscie… Na kilkudzinnym szlaku spotkalismy ok 10-ciu osób, więc dla kogoś, kto odwiedza w sezonie Polskie Tatry to szok.  Pozytywny oczywiście, ponieważ  Casamanya pełni w Andorze podobną rolę,  jaką w Polsce Giewont, czy Kasprowy.  Nie jest górą najwyższą,  ale z racji urody i łatwości dostępu niesamowicie popularną.

Były jeszcze wścibskie motyle i świerszcze, a także mrówki w ilości nieograniczonej…

Szlak  poprowadził z przełęczy dość łagodnym, zalesionym stokiem i ponad  granicą lasu wyprowadził  na garb, z którego odsłoniły się piękne widoki na pobliskie doliny i rozległe pasma górskie aż po horyzont.  Pogoda dopisywała – choć w miarę pokonywania wysokości,  wiatr wiał z coraz większą siłą… Stał się wręcz dominującym elementem.  Nie lubię tego – ale cóż było zrobić?  Włosy w kucyk i do przodu!

Idąc wśród górskiej łąki bacznie obserwowałam rośliny – niektóre akurat  kwitły,  więc nie omieszkałam ich uwiecznić. W wyższych partiach, oczy radowały „ogródki skalne” na skomplikowanie pofałdowanych łupkach.  Natomiast smutnym i wcale nierzadkim widokiem były uschnięte i powalone drzewa … Czemu ich nikt nie usuwał? Ale najgorzej było w lesie na dole… jakieś pasożytujące rośliny opanowały świerki, i czerpiąc z nich soki bezlitośnie skazywały je na śmierć.

Przyznam, także, że podchodzenie na Casamanyę sprawiło mi – oprócz przyjemności – kilka niespo-dzianek. Były nimi kolejno wyłaniające się kulmi-nacje, z których dopiero czwarta okazała się tą docelową – najwyższą. Tego rodzaju niespodzianki były skutkiem posiadania niezbyt dokładnej mapy.  W Polsce  zdobycie mapy Andory jest niemożliwe (BO SIĘ NIKOMU PRZECIEŻ NIE OPŁACA WYDRUKOWAĆ!),  a na miejscu także nie trafiliśmy na sklep z porządnymi topograficznymi mapami, a jedynie na Punkty Informacji Turystycznej proponujące poglądowe i – jak na mój gust – zbyt schematyczne.

Panorama z wierzchołka … No cóż – gdzie okiem sięgnąć, pirenejskie, wzburzone morze zapierało dech…

Zapraszam 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.